Rozdać życie

Powinno się być dobrym jak chleb; powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli jest głodny.

brat Albert Chmielowski

Gdyby nie porzucił malarstwa, pewno pisaliby o nim w podręcznikach historii sztuki. A tak piszą o nim w żywotach świętych.

W książce Małgorzaty Bilskiej „Nic na pokaz. Fenomen Brata Alberta” Krzysztof Zanussi mówi: „Brat Albert był zagadkową postacią. Jego rozstanie ze sztuką mnie smuci. Chciałbym, żeby dalej malował. O biednych dawno bym już zapomniał, a obrazy by mi zostały. Ale to jest bardzo egoistyczny sąd. Taki brzydko ludzki. Dobro, które człowiek czyni, jest o wiele większe niż wszelka sztuka, którą tworzy”. [1]

Jak wiemy, obrazów po Bracie Albercie zbyt wiele nie zostało. Może kilka. W podjęciu ostatecznej decyzji o porzuceniu kariery artystycznej pomógł przypadek, którym zapewne posłużył się sam Pan Bóg. Tak to zdarzenie wspomina Adolf Nowaczyński: „Gdy przyszło na niego wielkie przeobrażenie wewnętrzne, kazał zebrać płótna, które stały pod ścianami, i wynieść na strych. Raz tylko przypomniał sobie o nich […], chciał je obejrzeć, przeglądnąć. […] Musiał tedy mieć jeszcze jakieś zadrzemane ambicje i jakieś przywiązanie twórcy do swych starych prac i dzieł z epoki młodzieńczej i męskiej, z epoki sławy. Prosił tedy braciszków, by je znieśli ze strychu. Bracia zaczęli szukać, ale gdzieś się zapodziały, nie mogli znaleźć. Wreszcie jeden z braciszków, świeżo z miasta przybyły, szukaniem zdumiony, wyznał prawdę: «Nie wiedziałem, że to coś warte, bo było brudne, stare, więc pociąłem na kawałki i na podpałkę do pieców w zimie». Braciszkowie zmartwieli z żalu i przerażenia, a on [Brat Albert] tylko zbladł, lekko zaczerpnął powietrza, oczy zamknął na chwilę, po czym ocknął się i winowajcę przytulił do siebie i powiedział tylko jedno: «Oj, prostaku, prostaku, tożeś nie wiedział chyba, coś uczynił». I nic więcej. I tak pogrzebał swe ostatnie ambicje”. [2]

Czy to był ten moment, kiedy – niczym bogaty młodzieniec z dzisiejszej Ewangelii – zbliżył się do Jezusa, upadł na kolana i zapytał, co ma czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jeśli tak, to usłyszał te same słowa, co tamten: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim” (Mk 10, 21). Ciąg dalszy był jednak zupełnie inny. Ewangelia mówi, że tamten „spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości” (Mk 10, 22). Ale przecież ten – już nie Adam, a jeszcze niezupełnie Albert – też „miał […] wiele posiadłości”, choć to, co posiadał, nie było bogactwem materialnym, ale duchowym. Mówiło się o nim, że zapowiadał się na wielkiego malarza. Jego rady cechowały się wielką mądrością. Czy nie od Boga miał dar i talent? Czy nie miał prawa rozwijać swoich zdolności, swojego człowieczeństwa? Może nie formułował tego tak jak Zanussi, że „dobro, które człowiek czyni, jest o wiele większe niż wszelka sztuka, którą tworzy”, ale zrozumiał, że od jego kariery ważniejsze jest życie drugiego człowieka, od sztuki – ważniejszy jest bliźni. Tak, niewiele muzeów ma jego obrazy, ale jakże wiele jest kościołów i wspólnot, którym patronuje. Gdyby nie porzucił malarstwa, pewno pisaliby o nim w podręcznikach historii sztuki. A tak piszą o nim w żywotach świętych.

Albert Chmielowski zrozumiał, że od jego kariery ważniejsze jest życie drugiego człowieka, od sztuki – ważniejszy jest bliźni

W wielu dyskusjach na temat pomagania potrzebującym przywołuje się często zasadę ordo caritatis – zasadę porządku miłości: że najpierw należy pomóc sobie, a potem innym, że najpierw trzeba zadbać o bezpieczeństwo swoje, a potem o bezpieczeństwo innych. Że ja jestem najpierw. I tak jest na pewno po ludzku. Zaczynamy od miłości siebie. Ale św. Brat Albert nic sobie z tej zasady nie robił. On miał inny porządek miłości. Zatracił siebie i swoje posiadłości: zdolności i talenty. Rozdał siebie ubogim, rozmienił siebie na drobne.

Czy jesteśmy gotowi na taki porządek miłości? Może trzeba sobie dzisiaj szczerze powiedzieć, że nie. Ja nie jestem. I że może nigdy nie będziemy na to gotowi. Tu wciąż przegrywamy z Ewangelią. Ale nigdy nie możemy stracić tej wysokiej miary człowieczeństwa z horyzontu naszego życia. Granica między miłością siebie a egoizmem jest cienka. Tak, trudno jest wejść bogatym do Królestwa Niebieskiego. I to nie chodzi o bogactwo materialne, ale o posiadanie siebie, o siebie jako posiadłość, o to, co Zanussi nazwał czymś „brzydko ludzkim”. Nie, nie rozdamy wszystkiego. Ja też nie rozdam. Nie umiem. Ale nie możemy sobie dzisiaj nie postawić pytania o to, ile z siebie gotowi jesteśmy dać, ile z siebie zrezygnować, ile posiadłości oddać. Inaczej trzeba nam będzie stąd dzisiaj odejść zasmuconym.

Pia Górska, uznana malarka tamtych czasów, tak pisała o Waszym patronie, który już na dobre porzucił karierę artystyczną: „Był duchowo odmieniony, sztuka już mu nie wystarczała, pragnął szczęścia i dobra swoich bliźnich. Wieczorem, gdy niebo ciemniało nad murami Krakowa, artysta kusztykał po najbiedniejszych zaułkach Kazimierza, dymnych uliczkach, cuchnących korytarzach, suterenach zżartych wilgocią, wszelkich żerowiskach beznadziejności i nędzy. Znali go tam wszyscy. Ludzie o znękanych oczach patrzących strachliwie na świat wygody i zbytku, bezdomni, chorzy, opuchli, krostowaci, wszyscy wykolejeńcy, wszystkie rozbitki i niedobitki życiowe cisnęły się do człowieka, który szedł ku nim bez prawienia morałów, darzył ich sercem i kawałkiem chleba”. [3]

Brat Albert nic sobie nie robił z zasady porządku miłości: że najpierw należy pomóc sobie, a potem innym. On miał inny porządek miłości. Zatracił siebie i swoje posiadłości

Chleb. Tak się składa, że w tym roku wspomnienie św. Brata Alberta przypada w oktawę Bożego Ciała. Trudno nie zauważyć tego związku. Trudno nie pamiętać, że relikwiarz św. Brata Alberta w Waszej parafii ma kształt bochenka chleba. Że ten chleb łamany na pół pojawia się na wielu obrazach Waszego patrona. Że ten chleb złamany w pół mam dziś na ornacie. Każdy święty ma jakiś specyficzny atrybut, znak, symbol wskazujący na jego osobistą świętość. Św. Piotr klucze, Paweł – miecz, Jadwiga – makietę kościoła, a Rita – różę. Brat Albert ma chleb.

Kiedy myślałem o tym związku z oktawą, uświadomiłem sobie, że w centrum życia chrześcijańskiego jest chleb. Można by nawet powiedzieć, że chrześcijaństwo jest religią chleba. Najpierw jest religią tego chleba, pod postacią którego zechciał pozostać z nami nasz Pan Jezus Chrystus. On chce, abyśmy Go spożywali. Jak śpiewamy w sekwencji na Boże Ciało „Bierze jeden, tysiąc bierze: / Ten, jak tamci, /w równej mierze, /Wzięty zaś nie ginie Pan”. To jest wielka tajemnica obecności Boga, który dzieli się między nas, a właściwie nie dzieli, lecz mnoży. Anna Kamieńska pisała w „Notatniku”: „Rozmnożenie chleba. Rozmnożenie słowa. Są rzeczy, które rozdawane mnożą się i zwielokrotniają. Słowo. Miłość. Prawda”.[4] Brat Albert o tym wiedział.

I drugi chleb, ten chleb codzienny, ten, o którym wspomina pierwsze czytanie z Księgi Izajasza, by go dzielić z głodnym (Iz 58, 6). Ten, który – niestety – zdarza się, że go braknie. Nie ma chrześcijaństwa, jeśli w centrum nie stoją oba chleby: ten eucharystyczny i ten codzienny. Jeśli któregoś z nich zabraknie, nasze chrześcijańskie życie stanie się ułomne. Bez Eucharystii staniemy się filantropami, stowarzyszeniem charytatywnym. Bez dzielenia się codziennym chlebem – egoistami niegodnymi Komunii. W centrum stoi chleb – chleb, który Pan łamie z nami, chleb, który winniśmy łamać z innymi. Od jednego trzeba przejść do drugiego. „Nie możemy się łudzić – mówił św. Jan Paweł II – tylko po wzajemnej miłości i trosce o potrzebujących zostaniemy rozpoznani jako prawdziwi uczniowie Chrystusa (por. J 13, 35; Mt 25, 31-46). To właśnie jest kryterium, wedle którego będzie mierzona autentyczność naszych celebracji eucharystycznych”.[5] Po Mszy pójdziemy w procesji dookoła kościoła. Ale równie ważna jest ta druga procesja – procesja codzienności. Jedna bez drugiej nie ma sensu.

Chrześcijaństwo jest religią chleba. Nie ma chrześcijaństwa, jeśli w centrum nie stoją oba chleby: ten eucharystyczny i ten codzienny

W ubiegłym roku (2016 dop. admin) papież Franciszek mówił w uroczystość Bożego Cała: „Pomyślmy o wszystkich świętych – słynnych i anonimowych – [aż chciałoby się do dać: pomyślmy o bracie Albercie!], którzy rozdali samych siebie, własne życie, aby nakarmić braci. Ileż matek i ojców, rozdzielając chleb powszedni przy domowym stole, rozdzieliło także między swoje dzieci własne serce, aby mogły się rozwijać i wzrastać w dobru! Iluż chrześcijan, jako odpowiedzialni obywatele, «rozdało» własne życie, by bronić godności wszystkich, a w szczególności najuboższych, wykluczonych i dyskryminowanych! Gdzież znajdują oni siłę, by robić to wszystko? Właśnie w Eucharystii, w mocy miłości zmartwychwstałego Pana, który również dzisiaj łamie dla nas chleb i powtarza: Czyńcie to na moją pamiątkę”.[6]

Myślę sobie, że może najpobożniejszym gestem wcale nie muszą być złożone ręce ani krok w procesji. Bywa, że są fałszywe. Oby nie! Najpobożniejszym gestem jest gest rozdawania. Czyni go kapłan, gdy podaje nam Ciało Pańskie. Czyni go ten, kto rozdaje chleb. Czyni to ten, kto rozdaje własne serce. Czyni to ten, kto rozdaje własne życie, przezwyciężając ten tak bardzo ludzki egoizm. S. Teresa Pawlak, albertynka, w wywiadzie z ostatniego „Przewodnika Katolickiego” mówiła o pozornym bezsensie pomocy: „Ja nie twierdzę, że zmienię ich życie. Najczęściej właśnie nie zmienię. Ale ja mogę z tym człowiekiem po prostu być. […]. Brat Albert mówił, że każdy z nas jest artystą, bo artysta to ktoś, kto chce być sobą. On nas do tego zaprasza – byśmy przeżywali życie, nie wstydząc się własnej wrażliwości, także tej na drugiego człowieka”.[7] Oto albertyński ideał dostępny dla wszystkich, nie uratujemy wszystkich, wszystkim nie pomożemy. Świata może nie zmienimy, ale ocalimy własne człowieczeństwo. Św. Bracie Albercie, módl się za nami!

Przypisy:

[1] K. Zanussi [wypowiedź w:], M. Bilska, „Nic na pokaz. Fenomen Brata Alberta”, Poznań 2017, s. 100.
[2] Cyt. za: M. Rożek, „Święty Brat Albert”, Kraków 2005, s. 87.
[3] Tamże, s. 86.
[4] A. Kamieńska, „Notatnik 1973-1979”, Poznań 1987, s. 22.
[5] Jan Paweł II, List apostolski „Mane nobiscum Domine”, 28.
[6] Franciszek, Homilia podczas Mszy św. w Uroczystość Ciała i Krwi Pańskiej, Bazylika św. Jana na Lateranie, 26.05.2016r.
[7] T. Pawlak, [wywiad:] „Siostra od skazanych”, „Przewodnik Katolicki” 2017, nr 24.

ks. Andrzej Draguła
Homilia wygłoszona w uroczystość odpustową w parafii pw. Świętego Brata Alberta w Zielonej Górze 17.06.2017 r.
źródło: wiez.pl

o autorze: ks. Andrzej Draguła ur. 1966, ksiądz diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. Dr hab. teologii, profesor Uniwersytetu Szczecińskiego, przewodniczący Rady Instytutu Nauk Teologicznych US, członek Komitetu Nauk Teologicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicysta. Członek zespołu redakcyjnego kwartalnika „Więź” i Rady Naukowej Laboratorium „Więzi”. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Laureat Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka w roku 2018. Autor wielu książek, m.in. wydanych w Bibliotece „Więzi”: „Ocalić Boga. Szkice z teologii sekularyzacji”; „Copyright na Jezusa. Język, znak, rytuał między wiarą a niewiarą”; „Bluźnierstwo. Między grzechem a przestępstwem”; „Emaus. Tajemnice dnia ósmego”, „Kościół na rynku. Eseje pastoralne”, „Syn marnotrawny. Biografia ocalenia” i ostatnio „Ekstaza miłosiernego Samarytanina”. Autor tomiku wierszy „Późny debiut”. Mieszka w Zielonej Górze.

Adam Chmielowski. 7 obrazów z życia” to opowieść o niezwykłym malarzu, który został świętym. Porzucił pędzel i sławę i zaczął żyć z bezdomnymi. Co sprawiło, że zdecydował się na taką odmianę? Jak wyglądała jego droga od dziecka, które zostaje sierotą, przez czas malarstwa, depresję, aż po życie z ubogimi i dla nich?

Na film o Adamie Chmielowskim składa się 7 opowieści osób, które idą jego śladami. O Bracie Albercie opowiadają siostry Albertynki i bracia Albertyni, abp Grzegorz Ryś, a także Ci, dla których postawa brata Alberta jest inspiracją w ich życiu: Anna Dymna, Jan Mela i Krzysztof Zanussi.

„Brat Albert uczy nas wszystkich, jak zostać człowiekiem w nieludzkich czasach. Takie czasy przychodzą i odchodzą. Natomiast jest pytanie jak z nich wychodzi człowiek” – mówi w filmie abp Grzegorz Ryś, metropolita łódzki. Adam Hilary Bernard Chmielowski urodził się w 1845 r. w Igołomi k. Krakowa. W wieku 18 lat walczył wziął udział w powstaniu styczniowym, podczas walk stracił nogę i trafił do niewoli. Następnie przebywał na emigracji w Paryżu. Po amnestii w 1865 r. przyjechał do Warszawy, gdzie rozpoczął studia malarskie, które kontynuował w Monachium. Tam zetknął się z innymi wybitnymi artystami, między innymi Stanisławem Witkiewiczem, Józefem Chełmońskim i braćmi Gierymskimi. Wstąpił do Zakonu Jezuitów, jednak po pół roku opuścił nowicjat i wyjechał na Podole do swego brata Stanisława. Po powrocie do Krakowa w 1884 r. zaczął interesować się sytuacją ludzi ubogich. W swojej pracowni przy ulicy Basztowej przyjmował bezdomnych i ubogich.

Przełomowym wydarzeniem w życiu Chmielowskiego było namalowanie obrazu „Ecce Homo”. „Wówczas zaczął zadawać sobie pytania o ludzką godność, o godność nędzarzy i ubogich. Ecce Homo to Chrystus, który bierze na siebie cierpienia ludzi. Chmielowski odnalazł w Chrystusie Ecce Homo człowieka ubogiego i przeciwnie, w człowieku ubogim odnalazł Ecce Homo. Św. Albert w nędzarzach odnalazł piękno człowieczeństwa. Chciał przywrócić godność nędzarzy” – zaznacza brat Paweł Flis ze Zgromadzenia Braci Albertynów. Zakładał miejskie ogrzewalnie i przytuliska, domy dla sierot, kalek, starców i nieuleczalnie chorych. Brat Albert nie liczył na ich wdzięczność. Krzysztof Zanussi zauważa, że „W życiu im szlachetniej człowiek postępuje, tym będzie mu trudniej. A jednak warto”.

W 1887 r. za zgodą kard. Albina Dunajewskiego przywdział habit, a rok później złożył śluby zakonne, przyjmując imię Albert. Założył zgromadzenia braci albertynów (1888) i sióstr albertynek (1891), działające według reguły św. Franciszka z Asyżu.

Schorowany brat Albert zmarł 25 grudnia 1916 r. w Krakowie. Na pogrzebie Brata Alberta padły słowa: „Nie trzeba się modlić za Brata Alberta, trzeba się modlić do Brata Alberta”.

W 1938 r. prezydent Ignacy Mościcki nadał mu pośmiertnie Wielką Wstęgę Orderu Polonia Restituta za wybitne zasługi w działalności niepodległościowej i na polu pracy społecznej.

Papież Jan Paweł II beatyfikował go w Krakowie w 1983 r., a sześć lat później w Rzymie kanonizował. Relikwie Świętego znajdują się w Sanktuarium Świętego Brata Alberta Ecce Homo w Krakowie.

Film powstał w Roku Św. Brata Alberta na zlecenie Muzeum Historii Polski i portalu dzieje.pl. „Adam Chmielowski. 7 obrazów z życia” Produkcja: ©Muzeum Historii Polski, 2017 Realizacja: Toproduction Scenariusz i reżyseria: Grzegorz Sajór, Tomasz Płuciennik, Marek Stremecki