Żaden człowiek nie może się uchylić od podstawowych pytań: Co powinienem czynić? Jak odróżniać dobro od zła? Odpowiedź można znaleźć tylko w blasku prawdy, która jaśnieje w głębi ludzkiego ducha, jak zaświadcza psalmista: „«Któż nam ukaże dobro?» Wznieś ponad nami, o Panie, światłość Twojego oblicza!” (por. Ps 4, 7).
Encyklika papieża Jana Pawła II VERITAS SPLENDOR – BLASK PRAWDY
Do wszystkich biskupów Kościoła katolickiego
o niektórych podstawowych problemach nauczania moralnego Kościoła
czytaj cały tekst >>>
Sama zmiana metod komunikacji w Kościele nie wystarczy
Problem jest głębszy, instytucjonalny, dlatego niezbędne jest nawrócenie strukturalne.
Siedem i pół roku temu wiosenny numer „Więzi” bardzo się opóźnił. Powody były dwa: członkowie naszej malutkiej redakcji intensywnie pracowali wtedy wolontariacko nad uruchomieniem oddolnej, niezależnej Inicjatywy „Zranieni w Kościele”, a jednocześnie chcieliśmy czym prędzej opublikować w kwartalniku materiały z watykańskiego spotkania przewodniczących krajowych konferencji episkopatów na temat ochrony małoletnich, jakie odbyło się pod koniec lutego 2019 roku.
Pamiętam, z jakim przejęciem pracowaliśmy wtedy nad tekstami z watykańskiego szczytu. Wśród nich szczególne miejsce zajęło bezkompromisowe wystąpienie meksykańskiej watykanistki Valentiny Alazraki, zaproszonej przez papieża Franciszka do zabrania głosu z perspektywy dziennikarki, kobiety i matki.
Pojawiła się wówczas silna nadzieja, że impulsu przemiany struktur kościelnych nie da się powstrzymać, skoro idzie on już nie tylko od dołu, ale też z góry, z Watykanu. Kluczowego znaczenia nabrały wtedy słowa: przejrzystość i rozliczalność. Alazraki wzywała do przemiany myślenia, ale wciąż wierzyła, że wiele da się poprawić lepszą komunikacją.
Gdy dziś, po ponad siedmiu latach, temat jałowej i wsobnej komunikacji Kościoła instytucjonalnego podejmuje Michał Kłosowski, diagnoza jest już inna: „Nie chodzi jedynie o to, że jest ona zbyt mało profesjonalna czy technicznie zapóźniona albo zbyt słabo obecna w mediach społecznościowych”. Problem jest głębszy, instytucjonalny. Nasz autor trafnie zauważa, że „Kościół w Polsce coraz częściej komunikuje się w obiegu zamkniętym, do przekonanych” – tak jakby wysyłał urzędowy list do człowieka, który od dawna nie mieszka pod wskazanym adresem. Potwierdzenie odbioru nie ma znaczenia; ważne, że komunikat został wysłany.
W tej sytuacji na pewno nie wystarczy zmiana metod komunikacji. Niezbędne jest nawrócenie strukturalne Kościoła, o którym tyle mówił papież Franciszek. A o to oczywiście jeszcze trudniej. Ale nie będziemy w „Więzi” ustawać i – zgodnie z propozycją minimalizmu eklezjologicznego – krok po kroku będziemy do takich zmian dążyć.
Zbigniew Nosowski
źródło:wez.pl
*****
POLECANE:
Czy naprawdę rzecznik episkopatu wierzy we wszystko, o czym mówi?
Do księdza niesłusznie oskarżonego
Czy mogę tak właśnie do Ciebie w tym liście mówić? Czy zechcesz na czas czytania tego listu zobaczyć we mnie siostrę? Nieśmiało o to proszę – jeśli tylko cierpienie, z którym się mierzysz, nie uniemożliwia Ci tego.
Jeśli będziesz kiedyś miał siłę się modlić – pomyśl o mnie. Ja obiecuję pamiętać o Tobie
Tośka Szewczyk
*****
„I co z tego?”. O Kościele, który mówi sam do siebie
Kościelna komunikacja, przypominająca rozmowę hierarchów z samymi sobą, nie musi być wcale fałszywa – jest po prostu wsobna. Dlaczego miałoby to obchodzić kogoś na zewnątrz?
Po 1989 roku Kościół w Polsce uzyskał znaczącą pozycję społeczną i instytucjonalną, obejmującą również wpływ na opinię publiczną oraz obecność w mediach, a nawet w parlamencie. Nie ma się co dziwić: dzięki wierze udało się narodowi przetrwać i wyzwolić spod jarzma komunizmu. Obecna sytuacja jest już jednak całkowicie inna. Poza wieloma kłopotami, jakie ma Kościół w Polsce, jednym z mniej widocznych, a szczególnie istotnych, wydaje się być specyficzny rodzaj milczenia czy też nieobecności.
Milczenie to nie polega na braku słów. Wręcz przeciwnie: może mu towarzyszyć nadmiar komunikatów, depesz, konferencji prasowych, zdjęć, relacji z uroczystości, kondolencji, zaproszeń, rocznic, patronatów i oficjalnych stanowisk, które jednak nic nie wnoszą. Instytucja może mówić codziennie, punktualnie i poprawnie na przeróżnych platformach mediów społecznościowych i klasycznych, a jednak stopniowo tracić zdolność głosu; może coraz sprawniej informować, a coraz słabiej komunikować; może produkować coraz więcej treści, a jednocześnie coraz mniej uczestniczyć w debacie, która naprawdę kształtuje wyobraźnię, język i pytania ludzi XXI wieku.
Komunikacja w obiegu zamkniętym
To właśnie, jak sądzę, dzieje się z komunikacją Kościoła w Polsce. Nie chodzi jedynie o to, że jest ona zbyt mało profesjonalna czy technicznie zapóźniona albo zbyt słabo obecna w mediach społecznościowych. Taka diagnoza byłaby wygodna, bo pozwalałaby szukać odpowiedzi w nowych narzędziach: lepszym studiu, sprawniejszym newsroomie, krótszych filmach, bardziej atrakcyjnych grafikach, centralnym planie komunikacji, skuteczniejszym reagowaniu kryzysowym, większym finansowaniu.
Wszystko to jest, rzecz jasna, potrzebne. Problem jest jednak inny i, zdaje się, głębszy. Można określić go mianem instytucjonalnego – trzeba bowiem zaznaczyć, że Kościół w Polsce coraz częściej komunikuje się w obiegu zamkniętym: do przekonanych, językiem przekonanych, według rytmu instytucji i wobec spraw ważnych głównie dla niej.
To bańka, choć nie bańka ideologiczna w prostym sensie. Nie chodzi wcale o to, że Kościół ma głosić rzeczy łatwe, dostosowane do oczekiwań liberalnej opinii publicznej albo zgodne z aktualnym nastrojem mediów; religia i wiara zawsze, jeśli miały moc transformowania świata i sumień, były „w kontrze”. Ewangelia zawsze będzie w wielu punktach nieoczywista, nieporęczna, a czasem wprost sprzeczna z dominującą kulturą. Problem zaczyna się więc gdzie indziej: wtedy, gdy Kościół przestaje rozumieć pytania, na które próbuje odpowiadać od samego swego początku, i mówi nie tyle językiem Ewangelii, ile własnego biuletynu, myląc obecność w świecie z obsługą kalendarza wewnętrznego.
Wystarczy śledzić oficjalne kanały kościelne, aby dostrzec tę dysproporcję. Wiele miejsca zajmują informacje o uroczystościach, obchodach, nominacjach, jubileuszach, sanktuariach, rocznicach, kondolencjach, pogrzebach, wizytach, konferencjach, listach i posiedzeniach. Wszystko to należy do życia Kościoła i nie należy tego umniejszać – Kościół ma przecież własną pamięć, instytucjonalność, rytuał, kalendarz i hierarchię. Znów, kłopot polega jednak na tym, że ten wewnętrzny rytm bywa przedstawiany tak, jakby był całością komunikacji – a przynajmniej tak widać go z zewnątrz. Tak, jakby najważniejszym odbiorcą komunikatu Kościoła byli inni ludzie Kościoła: biskupi, kurie, sekretariaty, rzecznicy, środowiska katolickie, redakcje katolickie, osoby zawodowo lub emocjonalnie związane z instytucją.
Tym też tłumaczyłbym rosnącą popularność wielu ruchów skrajnych i populistycznych, przejmujących język i agendę Kościoła w imię realizacji własnych politycznych interesów. Kiedy bowiem Kościół instytucjonalny mówi w obiegu tylko zamkniętym, naturalna dla człowieka potrzeba trwałości i zakorzenienia w tradycji jest w naszym kraju przejmowana przez wszystkie te podmioty, które religię i Kościół chcą wykorzystać do własnych celów.
W takim oto momencie komunikacja zaczyna przypominać rozmowę episkopatu z episkopatem, która z założenia nie musi być wcale fałszywa – jest po prostu wsobna. Mówi o tym, co dzieje się wewnątrz, ale coraz rzadziej tłumaczy, dlaczego miałoby to obchodzić kogoś na zewnątrz. Informuje, że ktoś przewodniczył, ktoś poświęcił, ktoś odwiedził, ktoś mianował, ktoś skierował słowo, ktoś wyraził solidarność, ktoś objął patronat, ktoś wyraża żal…
I co z tego? – aż ciśnie się na usta. Trudno bowiem znaleźć w tym gąszczu komunikatów język pytań współczesnego człowieka: samotności, kryzysu sensu, pracy, ciała, relacji, technologii, sztucznej inteligencji, wojny, migracji, zdrowia psychicznego, lęku, sekularyzacji, nieufności wobec instytucji, doświadczenia młodych, zmęczenia konfliktem, także tym kościelnym. W skrócie: Kościół komunikuje, że żyje, ale coraz rzadziej pokazuje, że rozumie, czym żyją inni.
Dwa oblicza profesjonalizacji
Marshall McLuhan, którego słynna intuicja, że „medium jest przekazem”, weszła już do podstawowego słownika refleksji o komunikacji, przestrzegał w istocie przed czymś, co Kościołowi powinno być szczególnie bliskie: nośnik nigdy nie jest neutralny. Forma komunikacji nie jest tylko opakowaniem dla treści. Sama wytwarza relacje, hierarchie, wyobrażenia i oczekiwania. Medium zmienia skalę, tempo i strukturę ludzkich spraw; nie tylko przenosi komunikat, ale kształtuje środowisko, w którym komunikat może zostać usłyszany albo unieważniony. Jeśli więc Kościół mówi do ludzi językiem kancelarii, to nawet najpiękniejsza treść zostaje częściowo uwięziona w logice kancelarii; jeśli mówi wyłącznie poprzez formy zamknięte, kontrolowane, hierarchiczne i przewidywalne, to przekazuje nie tylko określone informacje, ale także obraz samego siebie: instytucji bardziej zainteresowanej poprawnością własnego obiegu niż ryzykiem spotkania i, nie daj Boże, jakiegoś potknięcia.
To oczywiście scheda po wielu nieprzyjaznych, skrajnie stronniczych treściach, publikowanych o Kościele od lat. Jeśli medium jednak jest przekazem, to kościelny biuletyn wewnętrzny, nawet gdy zostanie opublikowany w internecie, nadal pozostaje wyłącznie biuletynem wewnętrznym. Zmienia się kanał, ale nie zmienia się wyobraźnia komunikacyjna.
W tym sensie profesjonalizacja komunikacji kościelnej jest zarazem i konieczna, i niebezpieczna. Konieczna, bo Kościół nie powinien mówić chaotycznie, niechlujnie, nieprecyzyjnie ani z opóźnieniem. Nie ma żadnej duchowej zasługi w złym przygotowaniu komunikatu, braku strategii, przypadkowej obecności medialnej czy amatorszczyźnie przykrywanej pobożnym językiem. Niebezpieczna, bo profesjonalizacja może oznaczać dwie zupełnie różne rzeczy.
Kościół komunikuje, że żyje, ale coraz rzadziej pokazuje, że rozumie, czym żyją inni.
Po pierwsze, może być narzędziem misji: lepszego słuchania, lepszego rozumienia współczesnej kultury, większej zdolności wejścia w debatę, w której nie wszyscy są życzliwi, cierpliwi i katechizowani od dzieciństwa. Po drugie jednak może też stać się narzędziem kontroli: wygładzania przekazu, minimalizowania ryzyka, unikania trudnych pytań, produkowania komunikatów bezpiecznych dla instytucji, lecz coraz mniej wiarygodnych dla odbiorców.
Pierwsza profesjonalizacja pyta więc: jak dotrzeć do człowieka, który już nas nie rozumie? Druga zaś: jak uniknąć błędu, który zostanie źle odebrany? Pierwsza wymaga kompetencji świeckich, odwagi, zaufania, kontaktu z kulturą i gotowości do rozmowy także poza własnym środowiskiem. Druga wymaga procedur, akceptacji, kontroli i dyscypliny. Pierwsza może otworzyć Kościół na nową obecność w świecie. Druga może stworzyć co najwyżej bańkę – komunikacyjnie sprawną, ale duchowo jałową.
Kompetencje z pola bitwy
Pewne elementy tak rozumianej, dobrej profesjonalizacji widać dziś na poziomie Watykanu. Stolica Apostolska w ostatnich latach rzeczywiście coraz sprawniej radzi sobie z depeszami, komunikatami, szybkim obiegiem informacji, wielojęzyczną obsługą wydarzeń i obecnością w różnych kanałach. Nie jest to oczywiście świat idealny, wolny od napięć, opóźnień, urzędowego języka czy nadmiernej ostrożności. A jednak widać w nim świadomość, że komunikacja nie może być wyłącznie funkcją administracji.
Symbolem tego napięcia jest nominacja Marii Montserrat Alvarado, dotychczasowej prezes i dyrektor operacyjnej EWTN News, na prefekta Dykasterii ds. Komunikacji. Papież Leon XIV powierzył jeden z najważniejszych obszarów Kurii świeckiej kobiecie z doświadczeniem zarządzania dużym organizmem medialnym, funkcjonującym w wielu językach i w pluralistycznej przestrzeni debaty publicznej. To pierwsza świecka kobieta na czele watykańskiej dykasterii; urząd ma objąć 1 listopada 2026 roku.
Nie chodzi jednak o to, by z tej nominacji czynić prosty model dla Polski. Watykan i Kościół w Polsce działają w innych skalach, warunkach i strukturach. Chodzi raczej o znak. Papież nie powierza komunikacji wyłącznie duchownemu, urzędnikowi albo komuś uformowanemu tylko w logice wewnętrznej administracji kościelnej, lecz osobie świeckiej, która zna media jako realne pole sporu, konkurencji, profesjonalizmu i odpowiedzialności, także finansowej, a nawet polemiki i walki etycznej. Można mieć różne opinie o EWTN, amerykańskim katolicyzmie, jego polaryzacjach i stylach – właśnie dlatego ta decyzja jest ciekawa. Nie jest ucieczką w bezpieczną jednorodność, tylko uznaniem, że komunikacja Kościoła potrzebuje kompetencji, które nie rodzą się wyłącznie w kurialnych gabinetach czy w seminariach, ale też na polu bitwy.
Szukać wilków w owczej skórze
Na tym tle polska sytuacja wygląda tym bardziej niepokojąco. W Kościele w Polsce postępuje bowiem proces, który można nazwać wtórną klerykalizacją komunikacji. Nie chodzi już tylko o dawny, prosty klerykalizm, w którym duchowny z definicji wie lepiej, a świecki ma wykonywać powierzone zadania i basta. Chodzi o subtelniejszy mechanizm: świeccy są potrzebni jako wykonawcy, specjaliści od narzędzi, operatorzy kamer, autorzy grafik, redaktorzy depesz, administratorzy stron, czasem twarze projektów, ale rzadziej jako realni współtwórcy rozeznania. Ich kompetencje są chętnie wykorzystywane, dopóki nie naruszają instytucjonalnego komfortu i nie zmuszają do pójścia o krok dalej. Gdy zaczynają przynosić pytania, korekty, ostrzeżenia albo niewygodne diagnozy, pojawia się lęk.
Tymczasem największym błędem Kościoła byłoby uznanie, że świecki profesjonalista, który mówi rzeczy trudne, z definicji występuje przeciwko Kościołowi – bo przecież często jest dokładnie odwrotnie. Krytyka z wnętrza wiary, lojalna wobec Ewangelii, a nie wobec dobrego samopoczucia instytucji, może być jedną z ostatnich form odpowiedzialności. Valentina Alazraki, jedna z najbardziej doświadczonych watykanistek, mówiła podczas watykańskiego szczytu o ochronie małoletnich w 2019 roku, że przestępstwa na tle seksualnym nie są plotką ani pogłoską, lecz właśnie przestępstwem, a brak przejrzystości staje się nowym ciosem wymierzonym w skrzywdzonych. Przypominała biskupom, że komunikacja jest obowiązkiem, bo jej brak tworzy klimat podejrzeń i wzmacnia gniew wobec instytucji.
To jest bardzo ważna lekcja także poza kontekstem przestępstw seksualnych. Dziennikarz, świecki ekspert, rzecznik, redaktor czy człowiek mediów, katolik czy nie, jest potrzebny Kościołowi nie po to, by z zewnątrz podejrzliwie obserwować, polować na potknięcia, upokarzać biskupów albo karmić antykościelne emocje, ale po to, by widzieć także to, czego instytucja sama z siebie nie jest w stanie zobaczyć. Jest potrzebny, by szukać wilków przebranych w owcze skóry, jak powiedziała Valentina Alazraki, także wtedy, gdy wilki nauczyły się mówić językiem kościelnym, zajmują bezpieczne miejsca w strukturach i potrafią sprawiać wrażenie ludzi nieskazitelnie lojalnych, ba!, często profesjonalnych i na właściwym miejscu. Kościół bez takiego spojrzenia nie staje się bardziej bezpieczny, tylko bardziej bezbronny – również, a może przede wszystkim, wobec własnych złudzeń.
Tak rozumianą rolę świeckiego głosu w Kościele dobrze uosabia postać Joaquína Navarro-Vallsa, który zmarł w Rzymie 5 lipca 2017 roku, po dwudziestu dwóch latach kierowania Biurem Prasowym Stolicy Apostolskiej w czasie pontyfikatu Jana Pawła II i na początku pontyfikatu Benedykta XVI. Był lekarzem, dziennikarzem, świeckim, człowiekiem głębokiej formacji, a zarazem jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów i twarzy Watykanu przełomu XX i XXI wieku. Zanim stał się głosem i twarzą św. Jana Pawła II, pracował jako dziennikarz i korespondent hiszpańskiego „ABC”, wykonując swój zawód z rzetelnością, która nie stała w sprzeczności z miłością do Kościoła, lecz z niej wyrastała.
Świat, w którym żyjemy, rzecz jasna, bardzo się zmienił. Ponadczasowy wydaje się jednak fakt, że Navarro-Valls nie był jedynie eleganckim rzecznikiem wielkiego papieża. Jego znaczenie polegało na czymś więcej: rozumiał, że komunikacja nie jest mechanicznym przekazywaniem stanowiska instytucji, lecz budowaniem relacji między Kościołem a światem; światem, który pyta, podejrzewa, czasem atakuje, czasem nie rozumie, ale często naprawdę chce wiedzieć. Navarro-Valls był blisko Jana Pawła II, ale nie był tylko filtrem ochronnym. Potrafił raczej tłumaczyć papieża mediom i media papieżowi. A to ogromna różnica. Rzecznik w takim rozumieniu nie jest strażnikiem twierdzy, ale kimś, kto stoi w bramie: zna dom, ale widzi także drogę, którą przychodzą inni.
Przemawiać językiem Wcielenia
Kościół w Polsce bardzo potrzebuje tak rozumianych świeckich. Nie świeckich dekoracyjnych, potwierdzających decyzje już podjęte; nie świeckich technicznych, którym można powierzyć kamerę, stronę internetową albo montaż filmu; nie świeckich lojalnych – w sensie milczącej użyteczności. Potrzebuje profesjonalistów, którzy znają się na swojej pracy i mają odwagę głośno mówić o dostrzeganych przez siebie problemach: dziennikarzy, redaktorów, medioznawców, socjologów, ludzi kultury, prawników, psychologów, specjalistów od komunikacji. Ludzi, którzy – nawet jeśli sami borykają się z pytaniami o własną wiarę – nie są wrogami Kościoła i właśnie dlatego nie chcą pozwolić, by zamknął się on w języku samozadowolenia.
W Kościele w Polsce postępuje proces, który można nazwać wtórną klerykalizacją komunikacji.
Brak takiego zaufania ma konsekwencje nie tylko organizacyjne, ale również teologiczne i misyjne. Kościół, który nie ufa świeckim, sam sobie zawęża doświadczenie świata; a kiedy nie słucha świata, nie będzie umiał do tego świata mówić. Można oczywiście odpowiedzieć, że Kościół nie jest od tego, by słuchać świata, lecz by głosić Ewangelię. To prawda. Chrześcijańskie głoszenie nigdy jednak nie było przecież abstrakcyjnym nadawaniem treści w pustkę.
Wcielenie oznacza, że Słowo weszło w konkretny język, czas, ciało, kulturę i historię. Kościół, który chce głosić bez słuchania, ryzykuje, że nie będzie już przemawiał językiem Wcielenia, lecz językiem administracji. Nie jest to, niestety, sytuacja hipotetyczna. Obserwując oficjalne kanały kościelnej komunikacji, mam wrażenie, że dzieje się to na naszych oczach.
Komunikacyjna bańka Kościoła w Polsce powstaje więc często wcale nie dlatego, że biskupi nie mają dobrej woli (są przecież wypadki, kiedy mają jej wiele). Powstaje raczej z lęku, zmęczenia, braku zaufania, negatywnych doświadczeń z mediami, poczucia oblężenia, złych rad, słabej formacji komunikacyjnej, braku pieniędzy i przekonania, że w świecie tak agresywnym najrozsądniej jest ograniczyć ryzyko. To wszystko jest ludzkie i zrozumiałe. Nie zmienia to jednocześnie faktu, że strategia przetrwania może stopniowo stać się strategią zaniku. Instytucja, która zbyt długo unika rozmowy, po pewnym czasie odkrywa, że nikt jej już do rozmowy nie zaprasza.
Od dawna nikt tu nie mieszka
Widać to szczególnie na styku Kościoła i młodego pokolenia. Młodzi nie czekają na komunikaty instytucji, nie mają odruchu sprawdzania, co powiedziała konferencja episkopatu, co opublikowało biuro prasowe, jaki list wydano na niedzielę i jakie stanowisko przyjęto w sprawie wydarzenia społecznego. Żyją w kulturze rozproszonej, wizualnej, emocjonalnej, algorytmicznej, szybkiej, nieufnej wobec autorytetów i jednocześnie głodnej autentyczności – stąd tak fantastyczną robotę wykonują świeccy i zakonni influencerzy.
Można nad tym ubolewać, można to krytykować, można wskazywać na uproszczenia i manipulacje tej kultury. Nie można jednak udawać, że ona nie istnieje. Kościół odpowiadający na nią wyłącznie językiem oficjalnego komunikatu, przypomina urzędnika wysyłającego oficjalny list do człowieka, który od dawna nie mieszka już pod wskazanym adresem.
Nie chodzi oczywiście o to, by biskupi stali się influencerami, a Kościół podporządkował się logice zasięgów. Tego już próbowaliśmy – i niewiele to dało. Byłaby to druga skrajność, równie niebezpieczna. Kościół nie może mylić ewangelizacji z marketingiem, wiarygodności z popularnością, obecności z widzialnością, a języka współczesnego z językiem banalnym. Ale między urzędowym milczeniem a influencerstwem istnieje ogromna przestrzeń poważnej komunikacji: rozmów, wywiadów, debat, podcastów, tekstów, obecności w mediach niekatolickich, gotowości do odpowiadania na trudne pytania, cierpliwego tłumaczenia własnego stanowiska, a czasem także przyznania, że czegoś nie wiemy, coś zaniedbaliśmy, czegoś dopiero się uczymy, pomimo ponad dwutysiącletniej historii.
Przez pewien czas jedną z nielicznych prób takiej obecności podejmował kard. Grzegorz Ryś (później dołączył do niego bp Artur Ważny). Można było się z kardynałem zgadzać albo nie, można było krytykować poszczególne wypowiedzi, można było uważać, że czasem ryzykuje zbyt wiele albo mówi za szybko. Jednak właśnie w tym była pewna siła: wychodził do różnych dziennikarzy, rozmawiał także poza bezpiecznym obiegiem katolickim, nie sprawiał wrażenia człowieka, który każde zdanie najpierw poddaje wewnętrznej obróbce wynikającej z lęku.
W Kościele instytucjonalnym takie gesty pozostają jednak wyjątkami, nie normą; wyjątkami, które, jak się zdaje, na poziomie gremium episkopatu są wewnętrznie tłumione. A jeśli wyjątki zaczynają być ograniczane, sygnał wysyłany na zewnątrz jest bardzo jasny: bezpieczeństwo instytucji jest ważniejsze niż ryzyko spotkania.
Ewangelia nie jest komunikatem prasowym
Kościół nie odzyska jednak zaufania, jeśli skupi się wyłącznie na unikaniu błędów. Oczywiście, bywają one kosztowne. Jedno nieprzemyślane zdanie potrafi stać się nagłówkiem, memem, symbolem arogancji albo paliwem dla ideologicznej wojny. Jednak większym zagrożeniem od złego nagłówka jest sytuacja, w której Kościół przestaje być nagłówkiem jakiejkolwiek ważnej rozmowy.
Krytyka bywa oczywiście niesprawiedliwa, agresywna, płytka i ideologiczna – przynajmniej jednak oznacza ona, że Kościół pozostaje dla kogoś punktem odniesienia. Znacznie groźniejsza jest obojętność, która rodzi się wtedy, gdy instytucja mówi w sposób przewidywalny, wsobny i pozbawiony kontaktu z pytaniami ludzi. Wtedy nie trzeba już z Kościołem walczyć, wystarczy go nie słuchać.
Dlatego dyskusja o mediach kościelnych, rzecznictwie, komunikacji episkopatu czy kształcie katolickich instytucji medialnych nie jest technicznym sporem o organizację, lecz częścią szerszego namysłu nad wyobraźnią Kościoła. Czy Kościół rozumie komunikację jako głoszenie w świecie, czy jako zarządzanie obrazem samego siebie? Czy chce mieć media, które będą sumieniem, lustrem i miejscem rozmowy, czy raczej megafonem instytucjonalnej jedności? Czy ufa świeckim na tyle, by pozwolić im nie tylko wykonywać zadania, ale także współtworzyć diagnozę? Czy rozumie, że gdy dziennikarstwo katolickie zadaje trudne pytania, nie jest to zdradą Kościoła, lecz może być jedną z form służby prawdzie? Czy wie, że komunikat, który nie bierze pod uwagę rzeczywistości, prędzej czy później przestaje być wiarygodny?
Kościół w Polsce stoi przed pokusą bardzo zrozumiałą: skoro świat zewnętrzny jest nieżyczliwy, trzeba mówić ostrożniej; skoro media bywają niesprawiedliwe, trzeba ograniczyć spontaniczność; skoro debata jest brutalna i spolaryzowana, należy schować się w bezpiecznych formatach, a może nawet pod skrzydła tych, którzy są przychylni; skoro każde zdanie może zostać użyte przeciwko nam, trzeba mówić mniej, bardziej ogólnie, urzędowo. W krótkiej perspektywie taka strategia może przynieść ulgę, pomóc zachować stanowiska i uniknąć piekielnej, wewnątrzkościelnej krytyki. Na dłuższą metę może okazać się jednak katastrofą.
Jeśli więc medium jest przekazem, to także struktura kościelnej komunikacji jest teologicznym znakiem. Kościół zamknięty w komunikatach o sobie przekazuje światu obraz wspólnoty zajętej wyłącznie sobą. Gdyby zapytać pierwszych apostołów i tę niewielką, skupioną wokół Morza Śródziemnego grupę wiernych z pierwszych wieków, sądzę, że odpowiedzieliby jasno, że Ewangelia nie jest komunikatem prasowym, lecz wydarzeniem spotkania.
Michał Kłosowski
źródło: wiez.pl
O AUTORACH:
Zbigniew Noskowski – o autorze: ur. 1961. Mąż, ojciec, teść i dziadek, redaktor „Więzi” od 1989 roku, redaktor naczelny od roku 2001. Prowadzi podcast „Półprzewodnik po nocy ciemnej”. Autor książek: „Parami do nieba. Małżeńska droga świętości”, „Szare a piękne. Rekolekcje o codzienności”, „Polski rachunek sumienia z Jana Pawła II”, „Krytyczna wierność. Jakiego katolicyzmu Polacy potrzebują”, „Szukanie nadziei”. Współautor książki i cyklu telewizyjnego „Dzieci Soboru zadają pytania”. Autor podcastu „Półprzewodnik po nocy ciemnej”. W latach 2001 i 2005 był świeckim audytorem Synodu Biskupów w Watykanie; w latach 2002–2008 – konsultorem Papieskiej Rady ds. świeckich. Dyrektor programowy Laboratorium „Więzi”, współtwórca Inicjatywy „Zranieni w Kościele”. W latach 2007-2009 i 2017-2023 był chrześcijańskim współprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Przewodniczący Społecznego Komitetu Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich. Doktor honoris causa Uniwersytetu Szczecińskiego. Laureat Nagrody Muzeum POLIN 2021 i Nagrody Tischnera 2022. Mieszka w Otwocku.
Tośka Szewczyk – o autorce: pseudonim osoby wykorzystanej seksualnie przez duchownego, prawdziwe imię i nazwisko znane jest redakcji. Autorka wydanej przez Wydawnictwo Więź książki „Nie umarłam. Od krzywdy do wolności”. Felietonistka kwartalnika „Więź” (pisuje „Opowieści z przedsionka”). Na Instagramie prowadzi profil @z_przedsionka. W 2024 r. nominowana do Nagrody im. ks. Józefa Tischnera za zaangażowanie na rzecz upodmiotowienia osób skrzywdzonych w Kościele.
Michał Kłosowski – o autorze: ur. 1991, publicysta, watykanista. Z wykształcenia archeolog, filozof i historyk, studiował też kognitywistykę. Przygotowuje doktorat z komunikacji społecznej na Uniwersytecie Świętego Krzyża w Rzymie. Autor książek „Dekada Franciszka” i „Droga Leona”.
