… w jakim Kościele ja żyję?

Co się więc dzieje? W Kościele w Polsce w wielu środowiskach narasta atmosfera osaczenia. Wrogowie napierają zewsząd. Budzi się rozpaczliwa potrzeba obrony wiary, moralności, wartości, Boga, tradycji. Ale budzi się jeszcze coś innego. Macza w tym palce diabeł. Inspirując się przypowieścią Jezusa o pszenicy i chwaście z trzynastego rozdziału Ewangelii św. Mateusza, mam na myśli „mentalność chwastu”, czyli diabelskiego sposobu poradzenia sobie ze złem w świecie.

Kiedy patrzę na mężczyzn, którzy nazywają się wojownikami Maryi i trzymają miecze w ręku z wojowniczym nastawieniem, to pytam się znowu, w jakim Kościele ja żyję?

Nie mam nic przeciwko temu, by mężczyźni tworzyli różne grupy i wspólnoty w Kościele, bo rzeczywiście jest ich dla nich za mało. Panowie potrzebują akcji, działania. Mam jednak wątpliwości, czy miecz połączony z Maryją i archaniołem Michałem, a potem stylizowanie się na średniowiecznych rycerzy krucjaty, to dobry pomysł na dziś. Wojownicy twierdzą, że miecz jest symbolem walki z grzechem i złem w sobie. Niestety, miecz nie kojarzy się jedynie tak. To narzędzie wojny, śmierci i przemocy. Nie tylko w świecie. W Kościele też używano miecza, by zabijać innowierców i heretyków. Takie wyobrażenie siedzi w zbiorowej świadomości. W ten sposób wskrzesza się upiory.

Nie pomoże tutaj powoływanie się na św. Pawła, który porównuje chrześcijanina do żołnierza. Z prostego powodu. Apostoł ma na myśli symbol, a nie sam miecz. Po drugie, tym żołnierzami mają być zarówno mężczyźni jak i kobiety. Na wojnach to głównie walczyli i walczą mężczyźni. Sam św. Paweł został ścięty mieczem. Poza tym, niebezpieczeństwo polega na tym, że przejście od duchowej walki ze złem w sobie do walki ze złem w innych, czyli w ostateczności z nimi, jest bardzo płynne i często wręcz niezauważalne.

Kiedy do Ogrójca przyszli arcykapłani i straże z mieczami i kijami, uczniowie natychmiast odpowiedzieli tym samym zachowaniem: obronić Jezusa mieczem, chociaż On już wcześniej stanowczo tego zabronił. Kazał Piotrowi schować miecz do pochwy. To znak. Chrześcijanin z mieczem w ręku dla jakichkolwiek powodów nie działa po myśli Jezusa. (Chciałbym jeszcze dodać, że nie jestem pacyfistą).

Co się więc dzieje? W Kościele w Polsce w wielu środowiskach narasta atmosfera osaczenia. Wrogowie napierają zewsząd. Budzi się rozpaczliwa potrzeba obrony wiary, moralności, wartości, Boga, tradycji. Ale budzi się jeszcze coś innego. Macza w tym palce diabeł. Inspirując się przypowieścią Jezusa o pszenicy i chwaście z trzynastego rozdziału Ewangelii św. Mateusza, mam na myśli „mentalność chwastu”, czyli diabelskiego sposobu poradzenia sobie ze złem w świecie.

I to właśnie z tej mentalności rodzi się wysyp egzorcystów, obrona zranionych uczuć religijnych, przestrach na widok tych, którzy nie podzielają chrześcijańskich wartości, agresja, okopywanie się w twierdzy, mentalność getta, obrona Jasnej Góry przed Szwedami. To z tej mentalności zrodził się faszyzm, hitleryzm, komunizm. Wszyscy przecież działali dla dobra narodu, robotników, uciśnionych. Wszyscy chcieli dobrze. I wiemy, jak wyszło.

Chrystus nas nie łudzi, że będziemy żyć na ziemi jak w raju. Mówi o zgorszeniach, o tym, że pomiędzy nami nie będzie samego dobra. Chwast jest po to zasiany, za przyzwoleniem Boga, aby najpierw wyszło na jaw to, co siedzi w sercach wierzących. Jest zasiany po to, by wciągnąć człowieka w logikę zła i ciemności. Główną siłą napędową mentalności chwastu jest lęk przed złem w drugich, który prowokuje do użycia różnych form przemocy, manipulacji. Ale jest to lęk okryty „słuszną” walką w obronie dobra. W mentalności chwastu zajmujemy się głównie złem, a nie dobrem.

Mentalność chwastu jest pozorem dobra. Przed tym ostrzega nas Chrystus. Trudno to zauważyć, że broniąc dobra, możemy czynić zło, ponieważ motywacja wydaje nam się dobra. Samo oburzenie i lęk na widok zła jest w sumie jeszcze zrozumiałe. Pan z przypowieści nie dziwi się reakcjom sług. chociaż on sam nie panikuje. Ważniejszy jest jednak kolejny krok: jaka jest ich reakcja na powstałe zgorszenie, oburzenie i lęk. To jest w chrześcijaństwie kluczowe. Nie to, czy się oburzamy czy nie, ale do czego nas to oburzenie popycha.

Najbardziej intrygujące w przypowieści jest to, że my często nie walczymy z grzechem w sobie, lecz drażni nas grzech w innych, nazwanych w przypowieści chwastem. Bo nie widzimy go wyraźnie w sobie, a jeśli widzimy, chcielibyśmy się z tym szybko rozprawić. Nigdy na tym świecie nie zwalcza się abstrakcyjnego zła. Zło zawsze zasiane jest między ludźmi i w ludziach. I na tym polega problem.

Druga rzecz zadziwiająca jest taka, że pole, na którym nagle słudzy zauważyli chwast nie należy do nich. Nie zasiali również pszenicy. Nie mają pojęcia, skąd się wziął na nim chwast. Nie zapobiegli jego zasianiu. Ale oto nagle wiedzą, jak sobie z nim poradzić. Ich pierwszą reakcją jest wyrwać i usunąć chwast. Mają receptę. Wydaje im się, że wiedzą. Pan jednak zabrania takich rozwiązań, bo płyną z lęku, niecierpliwości i pychy, bo my rzekomo wiemy, jak rozwiązać problemy tego świata.

W przypowieści słudzy jednak najpierw poszli zapytać gospodarza, co zrobić. Czy my tak zawsze robimy z naszym lękiem i zgorszeniem? Mam duże wątpliwości.

No i jak wojownicy Maryi będą próbowali pogodzić miecz w ich rękach ze słowami Jezusa: „Pozwólcie obojgu (pszenicy i chwastowi) rość aż do żniwa?”

ks. Dariusz Piórkowski SJ

/ facebook.com/dariusz.piorkowski /