Modlitwa wspólna

Otóż szczególnie oczywistym sposobem ujawniania się i pogłębiania wspólnoty wierzących jako właśnie wspólnoty jest wspólna modlitwa. Bez niej w ogóle Kościoła nie da się wyobrazić. Nigdy dość przypominania, że samo nawet narodzenie Kościoła dokonało się w atmosferze wspólnej modlitwy.

Z góry obiecuję, że wątek dominikański porzucę natychmiast po wprowadzeniu do tematu. Otóż kiedy zacząłem szukać, co w źródłach mojego zakonu mówi się na temat modlitwy wspólnej, ze zdumieniem sobie uświadomiłem – a przecież źródła podstawowe, wydawało mi się, znam jak własną kieszeń – z jakim naciskiem podkreśla się tam znaczenie modlitwy prywatnej.

Modlitwa prywatna

Pierwsze przypomnienie na ten temat znajduje się już w przyjętej przez św. Dominika Regule świętego Augustyna: „Trwajcie na modlitwie w ustalonych godzinach i porach. W oratorium – to jest miejscu modlitwy – to tylko wolno czynić, po co to miejsce zostało stworzone i skąd wzięło nazwę, by braciom, którzy – mając właśnie czas wolny – chcieliby się pomodlić również poza wyznaczonymi godzinami, nikt nie przeszkadzał, robiąc tam co innego” (nr 3)[1].

W obecnie obowiązującej Księdze konstytucji i zarządzeń modlitwa prywatna znalazła się na liście sześciu najważniejszych obserwancji obowiązujących w zakonie: „życie wspólne, sprawowanie liturgii i modlitwa prywatna, zachowywanie ślubów, nieustanne studiowanie prawdy i posługa apostolska” (nr 40)[2].

Konkretnie na temat modlitwy prywatnej mówi się tam tak oto: „Kontemplacji spraw Bożych oraz wewnętrznego dialogu i zażyłości z Bogiem należy szukać nie tylko w nabożeństwach liturgicznych czy lekturze duchowej, lecz także w wytrwałej modlitwie prywatnej. Trzeba więc braciom pielęgnować ten rodzaj modlitwy” (nr 66)[3].

O wielkim znaczeniu modlitwy prywatnej przypominał też kolejnym pokoleniom zakonników przykład św. Dominika, o którym podczas procesu kanonizacyjnego, jaki przeprowadzono już trzynaście lat po jego śmierci, świadkowie zgodnie zeznawali, że całe noce lubił spędzać w kościele. Modlił się wówczas całym ciałem – bił pokłony, wyciągał ręce, kładł się krzyżem – ponadto podglądający go bracia słyszeli go nieraz, „jak modli się do Pana wołaniem wielkim, łzami i jękiem”[4].

A przecież chyba nikomu, kto ma podstawową wiedzę o zakonach katolickich, nie trzeba przypominać, że do modlitwy wspólnej przywiązuje się w moim zakonie wagę ogromną. Pierwszy teoretyk duchowości dominikańskiej, Humbert z Romans, w latach 1254–1263 generał zakonu, wyobrażał sobie, że w godzinach modlitwy wspólnej nie tylko konkretna wspólnota, ale cały wręcz zakon staje wspólnie przed Bogiem, i że dzieje się to kilka razy dziennie: „W godzinach i okresach na to przeznaczonych zbiera się na modlitwę nie tylko jeden konwent, ale niezliczone mnóstwo po całym świecie. Ponieważ zaś, jak wiadomo, niemożliwe jest, aby modlitwa wielu nie została wysłuchana, każdy, kto przychodzi wówczas na modlitwę, powinien ufać, że tym łatwiej zostanie wysłuchany – jeśli nawet nie ze względu na siebie, to przecież ze względu na modlący się wówczas tłum, do którego on się przyłącza”[5].

Braci, którzy ze względu na wykonywane obowiązki otrzymali częściową dyspensę od udziału w modlitwie wspólnej, prawo zakonne zachęcało do tego, żeby z dyspensy w miarę możliwości jednak nie korzystać. Aż siedem powodów – wyjaśniają konstytucje zakonne – za tym przemawia: sakralność miejsca przeznaczonego na modlitwę wspólną, obecność Najświętszego Sakramentu, bliskość świętych relikwii, towarzystwo aniołów, wspólnota braci, związane z tym odpusty oraz to, że człowiek modli się wtedy z większą starannością[6]. Przejdźmy jednak do refleksji bardziej systematycznej.

Na początku była wspólna modlitwa

Na poziomie ludzkiej natury wspólnota jest wcześniejsza niż poszczególny człowiek. Owszem, mamy zdolność zakładania nowych wspólnot, a założenie wspólnoty małżeńskiej i rodzinnej podejmuje większość dorosłych ludzi, niemniej każdy z nas najpierw przez jakąś uprzednio istniejącą wspólnotę sam został przyjęty, zazwyczaj przez swoją rodzinę. Nikt z nas nie zdołałby przebrnąć zwłaszcza przez okres niemowlęctwa i dzieciństwa, gdyby nie został włączony w jakąś konkretną ludzką wspólnotę.

Również wspólnota wiary jest wcześniejsza niż poszczególny wierzący. Dotyczy to nie tylko dzieci, które przez chrzest i wychowanie religijne wprowadzane są w wiarę wyznawaną przez ich bliskich. Nawet prześladowca Szaweł, którego do wiary zaprosił sam Zbawiciel, zanim stał się człowiekiem wierzącym, usłyszał od Niego: Wstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić (Dz 9, 6; por. 22, 10). Przyszły Apostoł Paweł łaskę wiary otrzymał we wspólnocie, która go przyjęła do swojego grona (por. Dz 9, 17-19; 22, 12-16). Słowem, bez wspólnoty wierzących nie da się zostać człowiekiem wierzącym.

Otóż szczególnie oczywistym sposobem ujawniania się i pogłębiania wspólnoty wierzących jako właśnie wspólnoty jest wspólna modlitwa. Bez niej w ogóle Kościoła nie da się wyobrazić. Nigdy dość przypominania, że samo nawet narodzenie Kościoła dokonało się w atmosferze wspólnej modlitwy. Ci, którzy mieli stać się pierwocinami ludu Nowego Przymierza, na przyjście Ducha Świętego czekali właśnie we wspólnej modlitwie: Po wniebowstąpieniu Pana Jezusa Apostołowie trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego (Dz 1, 14).

W powyższym wersecie warto odnotować wyraz „jednomyślnie” (homothymadón). Służy on bowiem przekazowi niezwykle ważnej prawdy na temat modlitwy wspólnej, w której najwcześniej i najbardziej widzialnie tworzy się i pogłębia jedność Kościoła. Krótki opis wspólnoty jerozolimskiej przedstawionej jako obraz Kościoła idealnego (por. Dz 2, 42-47) – po wymienieniu czterech źródeł tak wzorcowego stanu rzeczy: trwania „w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach” (por. Dz 2, 42), jeszcze raz zwraca uwagę na szczególne znaczenie wspólnej modlitwy oraz Eucharystii dla jedności Kościoła: Codziennie trwali jednomyślnie [homothymadón] w świątyni, a łamiąc chleb po domach, spożywali posiłek z radością i prostotą serca (Dz 2, 46).

Dążenie do tego wzorca – żebyśmy zgodnie [homothymadón] jednymi ustami wielbili Boga i Ojca Pana naszego, Jezusa Chrystusa (Rz 15, 6), czyli żebyśmy stawali się coraz bardziej prawdziwą wspólnotą modlitwy – będzie później przedmiotem życzeń Apostoła Pawła kierowanych do młodych Kościołów. Natomiast o opuszczaniu modlitwy List do Hebrajczyków mówi w takim tonie, jakby to było równoznaczne z utratą wiary (por. Hbr 10, 25–27). Później św. Ignacy z Antiochii napisze, że „kto nie przychodzi na zgromadzenie, ten już popadł w pychę i sam siebie osądził. Napisano bowiem: Bóg sprzeciwia się pysznym”[7].

Jeszcze jeden aspekt wspólnoty modlitewnej zasygnalizowany jest już w Dziejach Apostolskich: modląca się w zgodzie wspólnota szczególnie wiele może przed obliczem Boga. Kiedy po wybuchu prześladowań w Jerozolimie chrześcijanie wznieśli jednomyślnie głos do Boga (Dz 4, 24), po tej ich modlitwie zadrżało miejsce, na którym byli zebrani; a wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym i głosili odważnie słowo Boże (Dz 4, 31). Można się też domyślać, że cudowne uwolnienie Apostoła Piotra nastąpiło nie bez związku z zebraniem się „wielu na modlitwie” w „domu Marii, matki Jana, zwanego Markiem” (por. Dz 12, 12).

Św. Ignacy z Antiochii, nawiązując do słów Pana Jezusa z Ewangelii św. Mateusza (por. Mt 18, 20), napisał później, że „jeśli modlitwa wspólna dwóch pierwszych lepszych ludzi ma moc tak wielką, o ileż potężniejsza jest modlitwa biskupa i całego Kościoła?”[8]. Jednym z dowodów ogromnej popularności tego przeświadczenia o potędze wspólnej modlitwy jest choćby przytoczona wyżej wypowiedź Humberta z Romans.

Nie miejsce tu na bardziej szczegółowe przedstawianie bardzo ciekawej intuicji, że modlitwa jest walką (por. Rdz 32, 25-33; Ez 22, 30; Rz 15, 30n; Kol 2, 1; 4, 12). W tej perspektywie widział modlitwę wspólną już cytowany przed chwilą św. Ignacy: „Starajcie się częściej gromadzić dla dziękczynienia Bogu i oddawania Mu chwały. Jeśli bowiem często wspólnie się spotykacie, chyli się do upadku potęga szatana, a wasza zgodność w wierze niszczy jego zgubne dzieło”[9].

Modlitwa osób, nie kolektywu

Sądzę, że w życiu każdego z nas, którzy się modlimy i wysoko sobie tę umiejętność cenimy, na początku była modlitwa wspólna. Sądzę ponadto, że granica między rodzinami, którym udaje się przekazać trwale wiarę swoim dzieciom, a tymi rodzinami, którym to się nie udaje, pokrywa się mniej więcej z granicą między rodzinami, które pielęgnują wspólną modlitwę lub jej nie znają. Jak istotną funkcję pełni wspólna modlitwa przy wtajemniczaniu w umiejętność modlenia się, szczególnie wyraźnie można zobaczyć u dorosłych katechumenów, dla których – na początku ich drogi – udział we wspólnocie modlących się zazwyczaj jest jedynym dostępnym im sposobem modlenia się.

Jednak również dojrzały chrześcijanin zapewne nie wytrwałby w życiu modlitwy ani nie zdołałby go w sobie pogłębiać, gdyby unikał modlitwy wspólnej. Z modlitwą bowiem jest trochę podobnie jak z pracą naukową – nie tylko trzeba być do niej wprowadzonym, ale owocnie można ją uprawiać pod warunkiem realnego udziału w społeczności tych, którzy się tym zajmują. Nie potrzeba nawet studiować eklezjologii, żeby zaobserwować tę prawidłowość, jakkolwiek niewątpliwie zasługuje ona na eklezjologiczny opis i pogłębienie.

Od razu jednak nasuwa się obserwacja odwrotna: nie tylko regularny udział w modlitwie wspólnej jest nam niezbędny do podtrzymania modlitewnej relacji z Bogiem. Równie niezbędne jest pielęgnowanie modlitwy osobistej, zanoszonej do Boga przy zamkniętych drzwiach i w ukryciu (por. Mt 6, 6). To dlatego również w tych zakonach, w których jest wiele modlitwy wspólnej, tak wielką wagę przywiązuje się także do modlitwy prywatnej.

To wzajemne uzupełnianie się modlitwy wspólnej i osobistej odzwierciedla prawdę o człowieku jako Bożym stworzeniu. Każdy z nas został stworzony jako byt osobowy – dlatego każdy powinien starać się o budowanie swojej własnej relacji z Bogiem. Zarazem Stwórca uczynił nas bytami społecznymi, co więcej, w Chrystusie chce nas zgromadzić w jeden swój lud, a nawet w jedno Ciało – dlatego w swojej osobistej drodze do Boga możemy i powinniśmy wzajemnie sobie pomagać i z sobą współpracować.

Jedna z istotnych funkcji, jaką spełnia autentyczna modlitwa osobista, polega na pogłębianiu naszej zdolności do włączenia się w modlitwę wspólną. „Niech twoja modlitwa nie spływa tylko z warg – objaśnia św. Ambroży słowa Chrystusa z Ewangelii św. Mateusza (por. Mt 6, 6) – natęż całą uwagę i całkowicie schroń się we wnętrzu swego serca. Nie bądź powierzchowny wobec Tego, komu pragniesz się podobać. Niech Bóg widzi, że się modlisz całym sercem i niech raczy wysłuchać modlitwy, którą z serca zanosisz”[10].

Wejście do izdebki i zamknięcie drzwi, żeby się modlić, oznacza – zdaniem św. Augustyna – podjęcie pracy duchowej na rzecz wyciszenia w sobie zgiełku grzechów i wewnętrznego nieporządku: „Niechętnie wracają do domu ci, których czeka tam niezgoda i kłótnia, podobnie niechętnie wchodzi do swojej izdebki człowiek, w którego wnętrzu zgiełk grzechów i niedobrych przywiązań”[11].

Próżny bowiem byłby nasz udział w modlitwie wspólnej, gdyby był świętowaniem w sposób nieświęty. „Dlatego my – komentuje św. Tomasz z Akwinu zapis z Ewangelii św. Jana (por. J 11, 55n) – zgromadzeni w domu Bożym, szukamy Jezusa, wzajemnie się pocieszając i wzywając, aby przyszedł na dzień naszego święta. Kiedy zaś obchodzi się święto w sposób nieświęty, wtedy Jezus nie przychodzi. Nienawidzę całą duszę waszych świąt nowin i obchodów (Iz 1, 14)”[12].

Zatem chodzi nie tylko o to, żeby się modlić, ale żeby modlić się autentycznie. Chodzi jednak o coś jeszcze niewyobrażalnie więcej: kresem ostatecznym naszego doczesnego pielgrzymowania jest przemiana nas całych w całoosobową modlitwę. Jeśli nie dokona się to przed naszym odejściem z tego świata, będzie musiało być dopełnione w czyśćcu. „Do Chrystusa bowiem – i trudno się z tą uwagą Adrianny von Speyr nie zgodzić – żadna dusza nie dotrze inaczej niż w rozmodleniu”[13]. W dniu zaś ostatecznym cały Kościół ujawni się jako jedno nie mające końca rozmodlenie.

o. Jacek Salij OP

Przypisy
1. Księga konstytucji i zarządzeń Zakonu Braci Kaznodziejów, Warszawa 1996, s. 3-4.
2. Tamże, s. 26.
3. Tamże, s. 30.
4. J. Salij OP (red.), Legendy dominikańskie, Poznań 2002, s. 15.
5. Humbert z Romans, Wykłady Reguły świętego Augustyna, 45, [w:] Humbert z Romans, O życiu wspólnym, Poznań 1982, s. 66.
6. Constitutiones Fratrum S. Ordinis Praedicatorum, Romae 1932, 568, par. III.
7. Św. Ignacy Antiocheński, List do Efezjan, 5, 3, [w:] Pierwsi świadkowie. Ojcowie żywi, Kraków 1988, t. 8, s. 135.
8. Tamże, 5, 2.
9. Tamże, 13, 1.
10. Św. Ambroży, Sakramenty, 6; 3; 13, [w:] Św. Ambroży, Wybór pism dogmatycznych. Pisma Ojców Kościoła, t. 26, Poznań 1970, s. 89.
11. Św. Augustyn, Objaśnienia Psalmów 1-36. Pisma starochrześcijańskich pisarzy, t. 37, Warszawa 1986, s. 336-337.
12. Św. Tomasz z Akwinu, Komentarz do Ewangelii św. Jana, Kęty 2002, s. 736.
13. A. von Speyer, Lumina, 8, [w:] A. von Speyer, Trzy kobiety i Pan. Lumina, Poznań 1989, s. 104.

/ zycie-duchowe.pl /